Jacek Sempoliński
1986

Jerzy Tchórzewski od niepamiętnych lat usilnie realizuje swoją wizję, nie przeżywa rozterek i – można powiedzieć – nie idzie drogą a narzuca pewien stan sztuki, pewien status tworzenia raczej. Bo w tym „stanie” odbywa się nieustanna twórczość, siły duchowe są stale aktywne, płomień się pali z jednakowym natężeniem – i jednakowym blaskiem oświetla zamknięcie, w którym jest umieszczony. Jak lampa w podziemiach. Artystów tak wiernych sobie, tak „sprowadzonych do siebie” jest niewielu, a i dzieje sztuki niewielu ich znają.

Ale nie wierność sobie nas tu na chwilę zajmie (bo to specyfikacja niekoniecznie wyodrębniająca Tchórzewskiego) tylko kwestia sztuczności sztuki. To ona głównie (może wyłącznie) decyduje, ze ośmielamy się mówić o stanie tego tworzenia a nie o wędrówce. Sztuczność zjawia się wtedy, gdy wizja ulokowana jest po stronie człowieka, po stronie artysty w tym wypadku. On sam wie, że tworzy rzeczy sztuczne i jako takie je modeluje. Wyraża tym samym nierzeczywistość tego zespołu treści, które są celem jego dążeń, jądrem jego transcendencji. Narzuca im swoją koncepcję. Między sztuką a rzeczywistością niepoznawalną znika granica, znika przedział, tyle że owa rzeczywistość jakby przestaje być niepoznawalna, staje się dokładnie tym, co dzieło. Jakby wyminięta zostaje droga od tego co sztuczne ku temu co naturalne. Za naturalne uważamy tu to, co nie wytworzone przez człowieka, co jest „po drugiej stronie”.

Wyminięcie tej drogi to rzecz niebezpieczna, grzeszna przez pychę i artystokratyzm, w praktyce artystycznej grozi stylizacją, reżyserowaną symbolicznością. Otóż siła Tchórzewskiego tkwi w tym, że tej stylizacji malarstwo jego jest poz­bawione. Stałe rozżarzenie artysty sprawia, że płomień, który go trawi jest rzeczywisty i tajemniczy. Jakby w jakimś pierwotnym stanie życia pojawiła się wizja rzeczywistości, zagospodarowała się i uczyniła obie sfery: sztukę i siebie samą w tym samym stopniu naturalne. Lub w tym samym stopniu sztuczne. Bo obie sfery są upsychicznione. Taki stan rzeczy, gdzie transcendencja stapia się, utożsamia z dziełem, kiedy znika rzeczywistość, kiedy sztuka nie dochodzi do kresu swego ograniczenia, nie ukazuje go –taki stan sprawia, że niepoznawalne mieści się w wymiarze sztuki jako tworu zamkniętego. Musi więc się tu pojawić owa jej sztuczność.

Elementem, który uwierzytelnia działanie siły ducha i sztuczność czyni wartością jest tajemnicza siła formy, jakości ponadosobowej, ona sprawia, że mimo wszystko, sztuka przebija się ku prawdzie spoza swego statusu. Forma Tchórzewskiego otwiera stale przed sobą i przed nami wrota otchłani lub niebios. Natężenie formy w niektórych jego utworach sprawia, że wszelkie podziały i klasyfikacje, wszelkie interpretacje jego malarstwa trzeba uznać za spekulację. Ale trzeba też przyznać, że malarstwo artysty tak pogmatwane i złożone wyjątkowo owe spekulacje prowokuje. Można sobie na nich połamać zęby – jest to bowiem sztuka liźnięta płomieniem piekielnym.

Jacek Sempoliński

Tekst z katalogu Wystawa malarstwa Jerzego Tchórzewskiego laureata nagrody im. Jana Cybisa w 1986 r.

„Galeria Stowarzyszenia Historyków Sztuki”, Warszawa,

marzec–kwiecień 1988